Trudno, niech niektórzy marszczą brwi i posyłają gniewne spojrzenia – powiem to głośno: nie znoszę tego całego zamieszania z pierniczkami.
Człowiek jak głupi zagniata to ciasto, wykrawa, piecze żonglując blaszkami, dekoruje a te cholerne (pardon) pierniczki są twarde jak kamień.
Wkłada się toto do puszki i czeka bóg_wie_ile aż łaskawie zmiękną. Akurat! Można co najwyżej na choince powiesić.
Nie na moje to delikatne zęby i jeszcze bardziej delikatne nerwy.

Dlatego wybieram opcję porządnych, pulchniutkich i miękkich(!) pierniczków – można je upiec w Wigilię rano i już. Ale kto by czekał do Wigilii? :)
Ach, i odmawiam nazywania ich ‚pierniczkami’ – to są pierniki, pełną gębą!

Pierniki na drożdżach
– 2 szklanki mąki tortowej
– 25g drożdży świeżych
– 25g masła w temp. pokojowej
– 1 szklanka cukru pudru
– 1 jajko
– 2 łyżki miodu
– 2 łyżki przyprawy do pierników
– 2 łyżki kakao (opcjonalnie)
– 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Miód podgrzać aż się rozpuści, dosypać przyprawy i wymieszać. Mąkę wymieszać z cukrem i sodą, dodać miód. Dorzucić masło, jajko i wkruszyć drożdże.
Wyrobić aż ciasto stanie się plastyczne (ja wrzucam po prostu całość do miksera i zostawiam na parę minut).
Ciasto wałkować na grubość ok 8mm (im grubsze, tym lepsze) i wycinać co komu w duszy gra :)

Piec w temp. 160C ok 10 minut – tu nie ma złotej recepty, wszystko zależy od piekarnika. Po wyjęciu z pieca powinny być mięciutkie – ja ustawiam minutnik na 6 minut a potem zaglądam co minutę czy to już.

Ja je lubię saute, ale jak się ktoś uprze to można dekorować – myślę, że raczej glazurą niż lukrem.