W sobotę i niedzielę była tak piękna pogoda, że nie chciało się wierzyć, że dwa tygodnie w sobotę rano obudziliśmy się by odkryć, że spadło parę centymetrów śniegu. De facto pogoda była tak piękna, że sama się sobie dziwiłam, że zabrałam się za gotowanie zupy.

Dzisiaj popołudniu pogratulowałam sobie tej decyzji wiele razy. Szeptem a nawet półgłosem. Pogratulowałabym sobie pewnie jeszcze bardziej gdyby nie torebka. Mam paskudny zwyczaj wybierania dużych torebek – ‚dużych’ jest tu swego rodzaju eufemizmem. W torebce potrafi się zmieścić: butelka wody (jeśli trzeba to 1,5-litrowa), notebook (15″), pudełko z lunchem, kilka magazynów formatu A4, cienki kardigan (na wypadek gdyby się nagle ochłodziło zbytnio), lustrzanka z długim obiektywem, balerinki na zmiane (jak ryzykuje wyjście w nowych butach), książka, ładowarka do telefonu, notatnik i pudełko kredek, kosmetyczka (nie napiszę, że z turystyczną suszarką do włosów bo zupełnie na wariatkę wyjdę) i… parasol. De facto parasol rezyduje na dnie tej torby i chyba nigdy go z niej nie wyciągam w celu zostawienia w domu. Nawet jak zapowiadają upały 30C. Wczoraj upałów nie zapowiadali. Nie zapowiadali też opadów deszczu. A jednak w drodze do domu okazało sie, że voila, zapowiedziany czy nie, deszcz jest. Nie wiosenna mrzawka tylko ulewa. Pogratulowałam sobie posiadania na stanie parasola, a potem pomyślałam, że w domu czeka na mnie zupa. Pyszna, kremowa, ciepła, pachnąca – w sam raz na takie szare popołudnie kiedy człowiek przebrnął przez kałuże i po całym dniu pracy dotarł do domu. Czekała…

A cała historia zaczęła się od takiego kwiatu:

Zupa z kalafiora

– 1 kalafior
– kawałek pietruszki
– mały kawałek pora
– 1 cebula
– 2 ziemniaki
– 0,5l mleka
– 0,5l bulionu
– oliwa z oliwek lub masło
– ser żółty lub Blue lazur (opcjonalnie)

Do garnka wlewamy 4 łyżki oliwy z oliwek, na którą wrzucamy drobno pokrojoną cebulę, plasterki pietruszki i pora. Smażymy ok 5 minut na małym ogniu, w tym czasie krojąc ziemniaki w kostkę. Wrzucamy ziemniaki i kalafiora podzielonego na małe różyczki i mieszamy, podsmażając jeszcze ok minutę. Zalać mlekiem, wymieszać, dolać bulion. Przykryć i zostawić na małym ogniu przez ok 30 minut, do miękkości. Zostawić do ostudzenia.

Teraz wypadałoby wytłumaczyć dlaczego w tytule tej notki pojawiło się słowo ‚magiczna’. Oprócz tego, że ta zupa jest bajecznie prosta w wykonaniu, dobrze smakuje i koi nerwy to jej magia polega też na byciu 4 w 1. Jeśli nie więcej. Po ostudzeniu z tej zupy można wyczarować mianowicie co najmniej 4 warianty:

a) można ją dosolić do smaku i zostawić tak, jak jest – jeśli ktoś lubi jarzynówki
b) można chwycić za blender i zrobić z niej krem (polecam zblendowanie połowy ilości zupy i dolanie z powrotem do tej części ‚całościowej’
c) przed zblendowaniem można dorzucić 30dkg sera pleśniowego aby zaostrzyć smak
d) jeśli ktoś nie lubi serów pleśniowych można go zastąpić 30dkg ostrego sera żółtego, startego na tarce
e) można pójść na całość i zblendowaną zupę przełożyć do żaroodpornych miseczek a następnie posypać na wierzchu grubą warstwą żółtego sera i zapiec w piekarniku

Ja – ze względów kalorycznych – zrobiłam krem ale nie powstrzymałam się przed wmieszaniem do niego drobno pokrojonego w kostkę kawałeczka żółtego sera, który cudownie się rozpuszczał pod wpływem temperatury zupy.

Magicznie – krem z kalafiora poprawił mi dziś nastrój :)